A tu już za połową października... Nie mam czasu na craft, bardzo mnie to boli, ale cóż, muszę pisać, hmm, i bywać, co skutkuje co wieczornym padem na pysk. Wstyd się przyznać, ale zza szafy wyglądają przywleczone z biedronki skrzynki, czekające (rozpaczliwie) na pomalowanie i kółka - o decu chwilowo mogą pomarzyć, bo ubzdurały mi się serwetki w lawendę, ale taką vintage lawendę, i chwilowo nie mogę ich znaleźć... :(
No obciach, no... :>
Na dworze coraz zimniej, na balkonie dogorywa ostatni (adio! ulubiony!) pomidor, który chyba już się nie zaczerwieni:
- bo pogoda taka o - jesienna, z przymrozkiem gdzieniegdzie na trawie o poranku:
Więc jest to ostatni dzwonek, żeby moje skrzynki pomalować, zwłaszcza, że robię to na balkonie...
No i ja, istota gnuśna i leniwa, (vide skrzynki), dostałam od sosnowegogaiku wyróżnienie za kreatywność :)
Wstyd mi trochę, zwłaszcza, że nie bardzo mam co nowego pokazać, ale słowo: jeszcze 2 konferencje i się poprawię ;) A Ani serdecznie dziękuję i ściskam :* :) (nad blogami do wyróżnienia pomyślę rychle, zwłaszcza, że wszystkie, absolutnie wszystkie blogi z mojego paska tam -> są wyjątkowe, i zasługują na wyróżnienie :*).
Ale to prezentów nie koniec: dzisiaj Mąż przywiózł mi z Rosji ponad 3 litry najprawdziwszej, niesuszonej (!), swieżutkiej żurawiny! :) Przejechała z nim 1000 kilometrów, w słoiku "miejscowym" - od ruskiej baby, i jest tylko moja!! Bo ja to żurawinę kocham uwielbiam :)
Trochę zamrożę, a trochę... hmm, może muffinki? :) Buziaki dla cierpliwie (jeszcze... :P) zaglądających :*